|
Dziecko dostrzega, że to, czy czuje się ukojone, czy sfrustrowane, zależy od osoby, która się nim opiekuje. I zaczyna odczuwać lęk, że ją utraci. Lęk przed samotnością jest lękiem separacyjnym.
Niektórzy bardzo boją się samotności, bo rodzi ona poczucie opuszczenia w nieprzyjaznym świecie lub pogrążenia w czarnej dziurze nieistnienia. Tak organizują sobie życie, żeby jej unikać. Dużo pracują, lgną do tłumu, a kiedy wracają do pustego domu, natychmiast włączają telewizor albo dzwonią do znajomych. Inni starają się walczyć z lękiem przed samotnością, skazując się na nią świadomie, i paradoksalnie stają się zależni od tej walki. Im bardziej odsuwamy od siebie ów lęk, tym bardziej boimy się samotności.
Nie moglibyśmy istnieć bez związków z ludźmi. Lęk przed samotnością, nazywany w psychoanalizie lękiem separacyjnym, jest więc doświadczeniem wszechobecnym, wpisanym w nasze życie. Wyrazem tego niepokoju są sformułowania: „Gdzie przepadłeś?”, „Dobrze, że cię widzę”,„Do zobaczenia”. Jean-Michel Quinodoz w książce „Oswojona samotność” definiuje lęk separacyjny jako „bolesną obawę doświadczaną przez osobę, kiedy relacja emocjonalna ustanowiona z kimś ważnym z jej otoczenia jest zagrożona zerwaniem lub zostaje zerwana. Może to dotyczyć utraty miłości lub utraty osoby”.
Przykłady lęku separacyjnego można mnożyć. Niemowlę rozpaczliwie płacze, dopóki mama nie weźmie go na ręce – i nikt inny nie może go uspokoić. Przedszkolak nie pozwala matce, by go opuściła, a kiedy ona wychodzi, przytula się do misia. Dorastająca dziewczyna żarliwie kłóci się z rodzicami, by potem przepraszać ich i zapewniać o swojej miłości. Matka i ojciec niepokoją się za każdym razem, gdy ich nastoletnie dziecko spóźnia się choć chwilę z powrotem do domu. Małżeństwo chce być zawsze razem i nie wyobraża sobie spędzenia wieczoru oddzielnie. Mężczyzna bierze na siebie irracjonalne ilości obowiązków w pracy, bo obawia się, że gdy odmówi, zostanie zwolniony.
Dlaczego dla jednych samotność jest możliwa do zniesienia, czują się dobrze sami ze sobą, zaś inni muszą niemal cały czas „trzymać kogoś za rękę” i nawet to nie jest w stanie ich w pełni uspokoić? Zależy to od wielu czynników: od tego, w jakim stopniu bliscy otoczyli nas miłością; od naszej indywidualnej tolerancji na frustrację; od tego, jak poradziliśmy sobie z trudnymi chwilami strat, które są obecne w życiu każdego z nas (począwszy od narodzin, przez odstawienie od piersi, rozstania z matką, pójście do przedszkola, do szkoły, dojrzewanie...); czy spotkały nas sytuacje urazowe, na przykład śmierć rodzica.
Kiedy dziecko się rodzi, jest skrajnie zależne od swojego otoczenia. Taka sytuacja wywołuje pierwotny lęk, nazywany lękiem prześladowczym. Dziecko radzi sobie z nim za pomocą narcystycznej omnipotencji, iluzji, że samo się zaspokaja i nie jest zależne od nikogo. Takie pierwotne stany umysłu nie są obce osobom dorosłym. Powracają choćby w sytuacjach zagrożenia. Na przykład gdy leżymy w szpitalu i postrzegamy lekarzy jako nieżyczliwych nam i niekompetentnych, uważamy, że nasza własna kuracja byłaby o wiele lepsza.
Z czasem, w wyniku pozytywnych doświadczeń z otoczeniem, dziecko może dostrzec, że to, czy czuje się ukojone, czy sfrustrowane, zależy od osoby, która się nim opiekuje. I zaczyna odczuwać lęk, że ją utraci. Jest to właśnie lęk separacyjny. Można powiedzieć, że samotności doświadczamy na dwa sposoby: jako pogrążenia w nieżyczliwym, prześladującym nas świecie, czyli jako obecności kogoś czy czegoś złego w naszym życiu (wcześniejsza, bardziej pierwotna forma lęku prześladowczego), lub też jako bólu związanego z tęsknotą za kimś, kogo kochamy i potrzebujemy (bardziej dojrzała forma lęku separacyjnego).
Donald Winnicott powiedział, że „nie ma czegoś takiego jak niemowlę”. Zawsze musi istnieć osoba, która się nim opiekuje, ponieważ samo zwyczajnie by nie przetrwało. Według Winnicotta nadmierny lęk separacyjny wynika z nieudanej relacji matka – dziecko w ciągu pierwszych sześciu miesięcy życia. „Wystarczająco dobra” opieka matki jest niezbędna, by dziecko mogło przejść trudną drogę od narcyzmu pierwotnego do relacji z drugą osobą, którą postrzega jako oddzielną i różną od siebie. Najpierw dziecko uczy się bycia samemu w obecności matki. Później stopniowo środowisko, które służyło oparciem, zostaje uwewnętrznione i przyswajamy zdolność do bycia w pełni samemu.
Winnicott wprowadził pojęcie obiektu przejściowego (może to być kocyk czy miś), którego dziecko używa w chwilach emocjonalnej separacji z matką. Pomaga on maluchowi zachować iluzję kojącej obecności mamy w chwilach oddzielenia od niej, co sprzyja rozwojowi autonomii. Dziecko ma poczucie pełnej kontroli nad swoim „misiem”, tylko ono ma do niego prawo, może go kochać, przytulać, a także nienawidzić, dręczyć i uszkadzać. Obiekt przejściowy pomaga w rozwoju myślenia symbolicznego, jest czymś konkretnym, pochodzącym z zewnątrz, ale też posiada znaczenie symboliczne nadane mu przez dziecko, wypływające z jego wnętrza. Dla dorosłych takim kojącym obiektem przejściowym bywa włączony telewizor – pozoruje obecność osoby, której im brak.
Dla małego dziecka chwilowy brak matki może oznaczać, że utraciło ją bezpowrotnie.
Starsze odczuwa lęk, gdy mamy zbyt długo nie ma, ale też może zachować ją w pamięci, to znaczy czekać i liczyć na to, że zjawi się i uspokoi je. Znane są przykłady dorosłych osób, które cały czas „chodzą za kimś”, domagając się kontaktu. Konfrontowanie się z lękiem przed samotnością (w sytuacji, gdy nie przekracza on nadmiernie wytrzymałości dziecka) i rosnąca zdolność do pomieszczania go w sobie sprzyjają rozwojowi autonomii. Chodzenie czy mówienie to pierwsze umiejętności, które implikują rozpoznawanie siebie jako indywidualności, oddzielnej od innych.
Nadmierne chronienie dziecka przez matkę przed doświadczeniem lęku separacyjnego hamuje rozwój jego samodzielności. Skutkiem stałej obecności matki jest niewiara dziecka we własne siły i w możliwość zmierzenia się z tym lękiem. Odbiera to potencjalną radość z niezależności i zdolności do radzenia sobie samemu, a także może wzmacniać lęk separacyjny dziecka, powiększony o lęk matki. W dorosłym życiu może to zaowocować nadmiernym poszukiwaniem wolności, buntem, który jest inną formą ekspresji ukrytej zależności od ważnych osób. Chodzi bowiem o to, by nie tylko pozwalać swobodnie komuś odejść, ale też pozwolić zbliżyć się do siebie.
Doświadczenia najwcześniejszego dzieciństwa stają się matrycą naszych przeżyć w relacjach z ludźmi w późniejszym wieku. Są one przez nas przepracowywane w ciągu całego życia. Zwłaszcza w okresie adolescencji, która jest ostatecznym rozstaniem z dziecięcością, następuje silny nawrót lęków separacyjnych. W dorosłości musimy skonfrontować się z utratą rodziców, z utratą młodości i z nieuchronnością śmierci. Każda strata jest dla nas bolesną okazją do przepracowywania lęku separacyjnego, mierzenia się z samotnością. Czasem, ze względu na przebyte doświadczenia i małą tolerancję tych uczuć, okazuje się to bardzo trudne. Pomocna w odzyskaniu poczucia autonomii bywa wówczas terapia oparta na głębokiej relacji terapeuty i pacjenta. Dzięki tej relacji możemy przepracować lęki, z którymi z różnych powodów nie udało nam się uporać w relacji z rodzicami czy innymi bliskimi osobami.
Zdaniem Quinodoza jednym z celów psychoanalitycznej pracy z pacjentem jest ponowne odkrywanie w sobie nadmiernego lęku dotyczącego separacji, który nie pozwolił uzyskać poczucia autonomii i wolności psychicznej, wewnętrznej siły, wiary w siebie i w innych ludzi, zdolności do miłości i bycia kochanym – czyli tego, co nazywamy dojrzałością psychiczną. Należy pamiętać, że celem terapii jest nie pozbycie się lęku (byłoby to raczej cofnięcie się w kierunku narcystycznych, omnipotentnych obron), lecz pozyskanie zdolności do tolerowania lęku, psychicznego bólu i uczucia samotności, które mogą być obecne bez swojej niszczącej siły.
Quinodoz opisuje pacjentów kiedyś zależnych od innych. Radość z „bycia sobą” znajduje u nich wyraz w snach o lataniu na skrzydłach. Ta radość ma jednak ciemną stronę – jest bowiem powiązana ze smutkiem świadomości, że nasze życie i związki z ważnymi osobami mają swój początek i koniec, z percepcją naszej śmierci i nietrwałości wszystkiego, co nas otacza.
|